Przedsiębiorcy żywot marny.

mega2Zbliżają się wybory i w związku z tym pojawiają mi się w głowie pewne refleksje. Nie, nie będę agitować na rzecz żadnej partii, bez obaw, sama nie wiem na kogo głosować.

 

Każda z partii aspirujących do parlamentu czy rządu wyciera sobie „twarz” przedsiębiorczością i polskimi przedsiębiorcami. Po raz kolejny słyszymy puste obietnice i okrągłe, nic nie znaczące, deklaracje. Nic nowego.

Ciekawa jestem czy ktokolwiek z tych osób tak naprawdę wie jak wygląda codzienne życie polskiego przedsiębiorcy? Czy zdają sobie sprawę z tego z jakimi problemami, trudnościami się borykamy?

 

Jestem przedsiębiorcą. Typowym przykładem właściciela firmy z sektora małe i średnie przedsiębiorstwa.

 

 

 

Moja firma w samym pierwszym półroczu 2015 roku wpłaciła do budżetu Państwa niemal trzy miliony złotych z tytułu:

  • podatku dochodowego od osób prawnych – 421 080 złotych,
  • podatku VAT – 1 155 636 złotych,
  • podatku od osób fizycznych – 502 571 złotych,
  • składek ZUS – 694 077 złotych.

Razem daje to kwotę 2 773 364 złotych.

 

Żeby móc taką kwotę przelać na rachunek urzędu skarbowego czy ZUS musieliśmy każdego dnia walczyć o każde zamówienie na niezwykle konkurencyjnym rynku, przygotować i wysłać 180 ofert przetargowych, zapewnić dostępność towaru w magazynie, potem zapakować 97 198 produktów w pudła i wysłać do ponad 170 polskich szpitali. Wystawiliśmy tysiące faktur i dokumentów przewozowych, odwiedziliśmy setki klientów, odbyliśmy wiele szkoleń, przeprowadziliśmy warsztaty i uczestniczyli w konferencjach. Nie wspomnę o konieczności odzyskania należności od szpitali publicznych, odbytych negocjacji o spłatach przeterminowanych kwot, rozpoczętych i zakończonych postępowań sądowych i windykacyjnych. Wiele pracy, wiele wysiłku i koniec końców przelaliśmy naszemu budżetowi kwotę 2,7 mln. Kupa kasy. I czy w związku z tym, jako przedsiębiorstwo możemy liczyć na jakąś pomoc? Czy Państwo nasze nam pomaga? Docenia? Cokolwiek ułatwia? A może mamy fory w przetargach publicznych w związku z tym, że jesteśmy polskim przedsiębiorstwem płacącym podatki w Polsce?

Nie muszę odpowiadać. Odpowiedź jest znana.

 

Skoro już o przetargach publicznych mowa. 95% naszej sprzedaży realizujemy poprzez zamówienia publiczne do szpitali publicznych, których działalność opłacana jest ze środków publicznych, z tego samego budżetu, do którego wpływają nasze podatki i składki.

Przez dwanaście lat funkcjonowania firmy otrzymaliśmy wiele nagród i tytułów. Gazele Biznesu, Gepardy Biznesu, Diamenty Forbsa. Certyfikaty wiarygodności biznesowej, potwierdzenia rzetelności i wiele, wiele innych. Czy w związku z tym posiadamy jakiekolwiek większe szanse na uzyskania zamówienia publicznego? Czy fakt rzetelności lub wiarygodności dostawcy jest w ogóle brany pod uwagę w wyborze oferty? Liczy się w jakimkolwiek stopniu? Nie, w najmniejszym. Liczy się cena.

Czy jako rzetelny kontrahent jesteśmy inaczej traktowani w samym procesie postępowania o uzyskanie zamówienia publicznego lub jego realizacji? Czy istnieje jakakolwiek równość pomiędzy zamawiającym (utrzymywanym z budżetu państwa) a dostawcą (odprowadzającym spore kwoty do tego budżetu)? Niezwykle często zdarza się, że wzory umów jakie będą podpisane po przetargu, są jednostronne i wręcz niekorzystne dla dostawcy. Na przykład, dostawca jest wręcz zmuszany do podpisywania umów, w których terminy płatności przekraczają 30 dni. Poza tym wiele zapisów dotyczących dodatkowych świadczeń, usług, często wręcz narażających dostawcę na podjęcie dużego ryzyka lub ponoszenie dodatkowych kosztów (chociażby doposażanie szpitali w dodatkowy sprzęt, czy konieczność realizowania dostaw do szpitala, który nie płaci terminowo, a czasem nawet w ogóle, swoich zobowiązań). Jakiekolwiek wnioski i zapytania do zamawiającego o zmianę zapisów umowy spotykają się z odmową. I to nie jest spowodowane niechęcią pracowników szpitali. Nic z tych rzeczy. System jest tak zorganizowany, że nikt nie podejmie żadnej ryzykownej lub odmiennej decyzji. Oby tylko nie został podejrzany czy oskarżony o działanie na niekorzyść szpitala. Zapisy umów zaczynają osiągać poziom absurdu. Oczywiście, że możesz się nie zgodzić, drogi dostawco. Wystarczy nie stanąć w przetargu. Zawsze można, drogi przedsiębiorco, zwinąć interes i przejść na zasiłek. Tylko kto wtedy będzie płacił do budżetu te podatki, ZUSy, akcyzy, cła itd?

 

Ok, państwo mi nie pomaga jako przedsiębiorcy w mojej codziennej pracy, chociaż łożę na nie spore kwoty wypracowane przez lata wysiłku. To może mi jako obywatelowi jest dobrze i lżej.

Przez ostatnie dwanaście lat odkąd prowadzę firmę byłam tylko raz pacjentem publicznej służby zdrowia. Nie, nie dlatego, że jestem takim okazem zdrowia, tylko dlatego, że korzystam z całkowicie płatnej opieki zdrowotnej. I dla siebie i dla córki. Ten jeden raz, kiedy wylądowałam w szpitalu zdarzył się po wypadku samochodowym. Z wstrząsem mózgu i krwawiącą raną na twarzy penetrującą do oczodołu zostałam w nocy zawieziona karetką do najbliższego szpitala. Leżałam na pustym korytarzu izby przyjęć szpitala publicznego przez dobre parę godzin. Nikt nie zajrzał do mnie przez większość tego czasu. Nikt nie zapytał czy nie potrzebuję pić albo chociażby siku. Nawet kawałka gazy nikt nie przyłożył na rozpłatany policzek. W końcu trafiłam do chirurga i ten zajął się raną. Szkło wychodziło mi z niej jeszcze przez dwa miesiące. Tak dobrze miałam ją oczyszczoną. A co do techniki zszycia – kiedy poszłam, już prywatnie, zdjąć szwy, usłyszałam: „takimi nićmi i w taki sposób to my po żylakach u osiemdziesięcioletnich babć zszywamy”. Nie mam osiemdziesięciu lat i nie było to podudzie, tylko twarz. Wspaniała opieka za te wszystkie pieniądze jakie przez te dwanaście lat odprowadziłam z tytułu składek na NFZ i nie korzystałam z nich wcale. Przecież taki klient to złoto! Nie to, że płaci to jeszcze nie korzysta! Jakoś się nie czuję doceniana…

 

No dobra, opieki zdrowia nie mam, to może edukacja? Moja córka odkąd skończyła dwa i pół roku chodzi do prywatnych instytucji edukacyjnych. Najpierw przedszkole, szkoła podstawowa, a teraz gimnazjum. Ile budżet zaoszczędził na mnie, że moje dziecko nie korzysta z publicznej edukacji? Sądzę, że można to łatwo wyliczyć. Pewnie pójdzie już w tysiące złotych. Czy w związku z tym mam jakąś ulgę? Jakąkolwiek? W podatku? W czynszu? W bilecie na autobus miejski? Szkoda słów.

 

To może chociaż prawo? Może tutaj mi Państwo nasze polskie pomaga. Za odprowadzone podatki dba o moje bezpieczeństwo, prawo i sprawiedliwość? I tu też mam ciekawą historię. Zostałam oszukana przez jeden z bardzo popularnych portali pośredniczących w rezerwacji hoteli. Jako przykładny obywatel poszłam na policję, zaniosłam wydrukowane wszystkie mejle, nawet w kolorze wraz z zaznaczeniem na żółto co ciekawszych fragmentów. Najpierw czekałam przez dwie godziny na to, że ktoś mnie wysłucha. Nadmienię, że w godzinach pracy, więc nie mogłam w tym czasie wykonywać swoich obowiązków – przynosić Produkt Krajowy Brutto. Potem kolejną godzinę zajęło wytłumaczenie zgorzkniałemu śledczemu, że ktoś wyłudził ode mnie kilkanaście tysięcy złotych. Nie została mi oszczędzona uwaga, na temat idiotów płacących tyle kasy za wakacje. W końcu zeznanie złożone, podpisane i obywatel, to znaczy ja, wychodzi w poczuciu, że ktoś się teraz tym zajmie, bo sprawa prosta i ewidentna. Jakież było zdziwienie moje, kiedy kilka tygodni później otrzymałam informację o zawieszenia postępowania ze względu na brak współpracy z organami ścigania z innego kraju europejskiego.

 

Mogłabym tę litanię kontynuować przez kolejne kilka stron. Każdego dnia pojawiają się nowe powody, dla których odechciewa się odprowadzać podatki, bo coraz mniej mamy z tego z powrotem. A kiedy teraz, przy okazji kampanii wyborczej, czytam, czy słucham, znowu to samo:

 

Koniec z umowami śmieciowymi!,

Zwiększymy ściągalność podatków!,

Podniesiemy minimalną stawkę godzinową!,

Zwiększymy podatki dla najbogatszych!

 

to nie pozostaje mi nic innego, jak odpowiedzieć:

 

Szacun panie i panowie! Szacun i niskie ukłony. Tylko na mój głos nie liczcie!